UWAGA!Test przygotowany dla
iWoman.pl. Przedruk całości możliwy jest jedynie po uzyskaniu zgody redakcji
iWoman.pl.
To był dla mnie szok technologiczno-obyczajowy, jakiego nie doznałem od czasów pierwszego obcowania z kultową - przynajmniej dla mnie - Nokią 8110. Pierwszy raz miałem do czynienia z dotykowym telefonem, który można obsługiwać jedną ręką.
Pierwsze wrażenia
O Nokii 5800 naczytałem się przed testem tyle zachwyconych komentarzy, że w pierwszej chwili uznałem dołączoną do niej podstawkę za akcesorium do zaaranżowania podręcznego ołtarzyka. Tyle, że znacznie lepszym pomysłem jest wziąć tę Nokię do ręki, żeby odnieść wrażenie. Wrażenie - co trzeba uczciwie przyznać - mocno pozytywne.
Model 5800 jest wyraźnie węższy niż inne dotykowce. Dzięki temu zasięg kciuka, nawet drobnego pozwala na operowanie po całym ekranie. A przestrzeń jest pokaźna - przekątna ma 3,2 cala. Jest oczywiście rysik, ale po nabyciu odrobiny wprawy okazał się dodatkiem, o którym prawie można zapomnieć. Wszystkie ikony są na tyle duże i wyraźne, że nie trzeba być Renatą Mauer, aby trafić w nie bez wspomagania.
Jak przystało na Nokię, do karty pamięci (8-gigabajtowej!) można dobrać się bez konieczności rozkładania telefonu na czynniki pierwsze. Gniazdo z boku obudowy jest w każdej chwili pod ręką. Co mnie natomiast zaskoczyło, to fakt, że kartę SIM też można zainstalować bez wyjmowania baterii.
Ciekawy pomysł. Zwłaszcza dla niecierpliwych, którzy nie mogą się doczekać pierwszego uruchomienia. Wyjęcie SIM-a wymaga już jednak demontażu. Do tej operacji przydaje się wreszcie rysik. Trochę mieszane uczucia mam za to w przypadku dołączonego do zestawu pokrowca.
Ażurowy, gumowany futerał dobrze chroni telefon, ale poza wywoływaniem skojarzenia z męskim podkoszulkiem z minionej epoki nie mogłem znaleźć innego zastosowania dla pokrywającej go sieci dziurek.
Pierwsze kroki
Obsługa podstawowych możliwości jest tak intuicyjna, jak rzut kapciem w budzik o poranku. Jeśli ktoś miał wcześniej w rękach Nokię, poradzi sobie z zamkniętymi oczyma. W opanowaniu pełni możliwości pomaga 129-stronicowa instrukcja. Lekturę można jednak skrócić do minimum dzięki 8-stronicowej wersji szybki start.
Po włączeniu telefonu użytkownika wita elegancki - jak zresztą cała Nokia 5800 - ekran. Domyślnie jest oszczędny w treści - można dostać się do listy kontaktów i trybu telefonu, ale wolną przestrzeń można pożytecznie wykorzystać. Choćby do fotoskrótów najważniejszych kontaktów i podręcznego menu oraz raportu aktywności dla ich numerów. (Moje zdjęcie nie wyszło, posiłkuję się więc wersją producenta.)
Od razu też rzuca się w oczy płynne przechodzenie ekranu między trybem pionu i poziomu. Musiałem się trochę nagimnastykować, żeby Nokię oszukać. W uczciwym starciu cyberżyroskopy dały z siebie wszystko. Ich czułość można rzecz jasna regulować.
Wartą wspomnienia przypadłością, która zauważalna jest już przy pierwszym kontakcie są... dreszcze. Naciśnięcie czegokolwiek na ekranie powoduje krótką, acz przyjemną przy początkowej zabawie wibrację. Na dłuższą metę jednak może być to irytujące i chwała Nokii za to, że daje możliwość wyłączenia tej funkcji.
Funkcjonalność
Jeśli przy pierwszej próbie wybrania numeru zapomni się włożyć okularów - nic nie szkodzi. Nokia 5800 na sto procent przeszłaby test zgodności z WAI i Sekcją 508. Przy pisaniu SMS-ów rzecz ma się analogicznie, zwłaszcza w trybie dużej, poziomej klawiatury QWERTY, choć można w tym przypadku zastanawiać się, czy ekranik na wpisywaną treść nie jest nieco za mały.
Dla fanów rysika jest naturalnie bardziej konwencjonalny sposób wpisywania liter, z intrygującym, ortodontycznym układem przycisków. Można też poćwiczyć kaligrafię w trybie pisma ręcznego. Na szczęście Nokia nie wymusza pisma technicznego, a co więcej - bazrgokuropazurzyści będą mogli nauczyć telefon oczekiwanego potraktowania nawet najbardziej wymyślnych ornamentów czy arabesek.
Gdyby Kazik Staszewski w odpowiednim czasie miał do dyspozycji Nokię 5800, pewnie nigdy nie powstałaby piosenka Zagubiłem się w mieście. Nokia Maps na pokładzie do Knajpy Morderców zaprowadziłyby go precyzyjnie. Mnie osobiście - co stawia mnie pewnie w pozycji XXI-wiecznego, kartograficznego dinozaura - ciąży sentyment do map papierowych, ale i o mnie chyba Nokia pomyślała. Jednym z najbardziej zaskakujących odkryć w przepastnych trzewiach 5800 był dla mnie... kompas.
Dla formalności sprawdziłem też jak 5800 radzi sobie z internetem. Sieć z WiFi skonfigurowałem bez pomocy instrukcji, choć mówiąc szczerze spodziewałem się większych komplikacji - wcześniej nie miałem okazji testować Symbiana z WiFi i nie wiedziałem czego się spodziewać. Teraz już wiem i mam nadzieję, że każdy Symbian jest równie intuicyjny.
Korzystanie z internetu też mnie pozytywnie zaskoczyło, choć niezmiennie uważam, że wersje stron dla urządzeń mobilnych są nieszczęsnymi karykaturami, a telefony do korzystania z www nadają się jak wózki golfowe na Cyprze do wożenia polskich dyplomatów. W każdym razie przygoda z przeglądaniem stron na 5800 była przeżyciem najmniej traumatycznym z dotychczasowych telesurfowań - płynne skalowanie, a w poziomym trybie cała strona 1024 pikseli mieści się na szerokość ekranu.
Jednak nie zamierzam zmieniać zdania, że do normalnego korzystania z internetu nie nadaje się nic do czego nie można przyczepić choćby trackballa, a odcyfrowanie czcionki 9 wymaga podręcznego mikroskopu.
Nie rzucił mną na kolana również aparat fotograficzny. Obiektyw nosi co prawda kultową sygnaturkę Carl Zeiss, jest lampa błyskowa, autofocus, samowyzwalacz, są programy tematyczne i niezłe pole manewru w ustawieniach. A jednak zdjęcia - przynajmniej w moim przypadku - wychodziły zaledwie poprawnie. Z matrycy 3,2 megapiksele - choć to dziś tak naprawdę niewiele - można chyba wycisnąć więcej.
Za to plus daję za możliwość podłączenia telefonu do telewizora i przeglądania zdjęć i filmów na dużym ekranie.
Multimedia
Pod tym względem natomiast Nokia 5800 pokazuje pełnię swoich zalet. Trudno się zresztą dziwić, skoro telefon nosi przydomek XpressMusic. Przyznać trzeba, że dostęp do multimediów jest faktycznie ekspresowy. Dotknięcie przycisku w górnej części obudowy otwiera podręczne i poręczne centrum medialnego dowodzenia. Z tego poziomu mamy dostęp do zasobów muzycznych, aparatu i kamery, opcji udostępniania multimediów online, centrum wideo i internetu. Wszystko podane jak na widelcu.
Nokia 5800 ma głos jak dzwon. Nie potrzeba jej nawet zewnętrznego głośnika, żeby zorganizować średniej wielkości spotkanie fanklubu Dirty Dancing. Obsługuje bez szemrania intensywne uderzenia decybeli, a przy tym wizualnie niesie kaganek oświaty na wypadek startu w programie Jaka To Melodia.
Centrum wideo to natomiast nieoceniony pacyfikator pasażerów podróżujących w foteliku. Potrafi zająć największego wiercipiętę na czas pełnometrażowego filmu (czapki z głów za panoramiczną rozdzielczość 360x640) i to bez protestów. Warto tylko zamocować telefon poza zasięgiem ramion nieletniego widza. Blokada dotykowego ekranu oznacza jego wygaszenie - nawet w trakcie projekcji - co z kolei protesty spowoduje niemal na pewno.
Podczas testu zbadana została również przydatność dla rodziców. Minikino równie nieocenione okazało się w czasie nocnego czuwania w dziecinnym pokoju przy chorym lokatorze. Choć tej funkcjonalności, rzecz jasna, nikomu nie życzę weryfikować.
Jeśli już o milusińskich, to wypada wspomnieć o grach. W testowanym telefonie były dwie: wyścigi Global Racing Thunder i przygody kuleczki Bounce. Kolejny punkt w ramach pacyfikowania nieletnich.
Na koniec jeszcze radio. O nie mam do Nokii 5800 największy żal. Żeby zechciało wydobyć z siebie głos, trzeba podpiąć zestaw słuchawkowy.
Przy tak multimedialnym urządzeniu to w moich oczach poważne, choć niestety powszechne niedopatrzenie (Nokia obiecuje poprawę dopiero w modelu 5030, który pojawić się tej wiosny). Tym bardziej, że kiedy radio w 5800 zaczyna gadać, zaczyna też przyjemnie wyglądać.
Niezawodność
W ciągu 10 dni intensywnego używania Nokii 5800 ani razu nie doszło do buntu na pokładzie. Baterię ładowałem trzy razy. Głównym pożeraczem energii jest w jej przypadku oczywiście tryb wideo. Bez problemu jednak wytrzymuje bez ładowania nawet najdłuższy film.
Przez cały okres testu zastanawiała mnie tylko jedna rzecz: Dlaczego moja karta Ery traktowana jest przez telefon jako całkowicie zapełniona? Żadnych zapisanych wiadomości, 61 kontaktów na 100 możliwych, a telefon non stop ostrzega: brak miejsca...
Podsumowanie
Jeśli miałbym podarować komuś Nokię 5800 XpressMusic w prezencie, byłaby to nowoczesna mama, żyjąca w dużym tempie. W takich warunkach muzyczny, dotykowy Symbian czułby się jak ryba w wodzie.
Muszę przyznać, że 5800 to model udany i w stajni z fińskiego Espoo wytyczający nowy, interesujący kierunek. I choć nie będzie zapewne tak kultowy, jak bananowa Nokia 8110 sprzed lat - kiedyś konkurencja była mniejsza, a telefony dłużej się starzały - to niech najlepszą rekomendacją dla niego będzie fakt, że chciałem się poczepiać, a wyszła laurka.
***
Telefon Nokia 5800 XpressMusic do testów wypożyczyła redakcji firma Nokia.